
Cośtam spisane przez dni parę... >> poniedziałek, 25 grudnia 2006 19:45:41
21.12.2006
Czy ktoś wspominał o mgle londyńskiej?
Mgła potworna, wilgotna i wciskająca się wszędzie, niczym wilgotna wełna mineralna, panowała tutaj od poniedziałku. Strasznie było, bo nie była to mgła jak w Polsce, że rano jest, a w południe słoneczko. Nie, ona twardo od rana do nocy wisiała tuż nad ziemią, ani na chwilę nie rezygnując.
Pogoda irlandzka poważnie daje mi kopa w cztery litery. Wilgotno, ba! Mokro, zimno, ale bez przymrozków... Przydałby się kubek grzańca galicyjskiego i plecy oparte od rana do wieczora o gorący kaloryfer. Tymczasem trzeba zwlec się spod ciepłych kołder i udać się do miasta, rozklejać ogłoszenia na drzwiach sklepów i ogólnie o arbajten pytać. Dziś na szczęście na pogodę nie mogłam narzekać. Od przedpołudnia do teraz dreptałam ulicami Kells, wstępując do sklepów, restauracji i barów i pytając, czy czasami kogoś do pomocy nie potrzebują. Na razie nie potrzebowali, ale jestem dobrej myśli, bo szukając pracy na pewno się ją znajdzie. Nie dziś, to jutro, albo za tydzień.
Staram się, jak mogę, by być dobrej myśli, ale mój wrodzony optymizm od czasu do czasu wysiada, tak, jak wczoraj. Wczoraj nie było przyjemnie, ale to chyba stan przejściowy. Nie można długo być podłamanym w otoczeniu tych ślicznych miasteczek, które wyglądają, jak z książek z bajkami. Chyba trochę przez zbliżające się Święta miewam humor pod zdechłym kotem. Ale nie jest źle. I ma być lepiej, bo jak nie, to ja już sobie z Władzami Losu pogadam :)
19.12.2006
O potwornym procesie goblinizacji
Obudziłam się z myślą, że oto zamieniam się w goblina. Ot tak, po prostu, zaraz mi paszczęka się zeszkaradzi, wyrosną guzowate narośle na czole, a skóra nie wiadomo kiedy zmieni kolor na zielony. Wszystkiemu winien mój układ odpornościowy, któremu nawet armia L-casei defensis i hektolitry Actimelu nie pomogą. Jestem innymi słowy chora jak diabli (czy diabli bywają chorzy?). Miałam iść i wyrobić numero potrzebne do pracy- nie poszłam, miałam iść popatrzeć za pracą- cztery litery. W ogóle wszystko i jeszcze więcej się pokichało, żeby nie napisać gorzej, a mogłabym. Szlag z rodzynkami po prostu. Jestem zła, mam gorączkę i boli mnie ucho. Niech ktoś weźmie kij i dobije. O! Tylko świat odetchnie, a mordercy dadzą medal za wybitne zasługi.
13.12.2006
Bogowie wielcy, czyli tragedia z mazią potworną.
Czasami mam wrażenie, że coś, lub ktoś się na mnie strasznie uwziął, albo i gorzej, że nie nadaję się do pewnych funkcji. Na przykład do smażenia naleśników. Niech będą przeklęte! (w tle chór zawodzi przeklęte, ach przeklęte). Czynność ta, na pierwszy rzut oka wydawała się banalna. Ot, zmieszać mąkę, jajka i mleko w misce, wylać na patelnię i usmażyć. Następnie nadziać twarożkiem posłodzonym i mamy pyszne obiadokolacyjne danie.
Jako cudowna przyszła żona postanowiłam owe przeklęte kulinarne coś przygotować przyszłemu małżonkowi. Niech zje, niech się cieszy i wie, że o niego dbam. Bo głodny to pewnie byłby mniej szczęśliwy, albo i się gdzieś po drodze przewrócił...
Pierwsza rozsypała się mąka.
Tak właściwie sama z siebie, pofrunęła białym obłoczkiem i do miski, i na moje portki... Na podłogę też.
Powstrzymałam cisnące się na usta straszliwe i brzydkie przekleństwo, po czym wbiłam jajka. Jakoś się tak złożyło, że razem ze skorupkami. Zaczęłam podejrzewać klątwę starożytnego, naleśnikowego bóstwa, którego kult musiał kiedyś być na terenie Irlandii. Skorupki zostały wybrane i umieszczone w śmietniku. Mleko, jak gdyby nigdy nic pozwoliło wlać się bez oporów. Mieszam, mieszam, mieszam łyżką, a grudki jak były, tak szczerzą do mnie zęby z wnętrza miski. Pokonane.
Mord w moich błękitnych oczętach jakby mniejszy.
Moja czujność w samoistny sposób ziewnęła, a następnie udała się na spoczynek, tuż przed wylaniem na patelnię pierwszej partii.
Chlapnęło coś za dużo tej mazi w kolorze ecru i zaczęło toto rosnąć, skwierczeć i chyba żyć. Taką substancją musiano zamurowywać Antygonę, bo konsystencją nadawała się akurat. Wyglądem też przypominała zaprawę murarską.
Nic to, jak mawiał pan Wołodyjowski, a później wyleciał w powietrze wraz z Kamieńcem Podolskim.
Ja też wypowiedziałam owe słowa, nie bacząc na konsekwencje i natychmiast pożałowałam. Słup czarnego dymu zaczął unosić się wprost w okap, lada moment chyba miały z mojego pierwszego naleśnika strzelić ognie piekielne i w ogóle.
Wrzasnęłam.
Zaklęłam tak, jak na pewno żadnej młodej damie nie wypadało.
Swym obłędem musiałam przebijać niejedną Ofelię.
Straszny, mroczny i zły pseudo- naleśnik wywędrował na zewnątrz i najpewniej został pożarty przez głodne wilkołaki, tudzież bezdomne kotki.
Wracając z pustą patelnią w dłoni i papierosem w zębach zaczęłam się zastanawiać, co, jeśli pod moją kilkuminutową nieobecność biaława maź w misce ożyła i właśnie wyciąga ohydną mackę, by mnie schwytać, jak tylko pojawię się w kuchni?
Do odważnych kobiet świat należy.
Wysmażyłam całe toto dziadostwo, już bez problemów dodając efekty twarożkowe i dżemowe.
Starożytne naleśnikowe bóstwo zasnęło na kolejne tysiąc lat.
Nie każda kobieta, proszę państwa nadaje się do gotowania. Bójta się ludzie, gdy ja przy kuchence. Drżyjcie narody, gdy trzymam w ręku widelec.
( w tle chór zawodzi drżyjcie ,ach drżyjcie)
PS. Chyba najważniejsze- pojawię się w Polsce 8 stycznia. Życzę wszystkim udanych Świąt oraz wszystkiego co najlepsze w nowym roku. Buziaki serdeczne
Pani Arina
komentarze [6]
Amen, czyli co tam panie w Ajriszolandii >> sobota, 9 grudnia 2006 23:22:00
Jako, że jestem istotką mądrą i w ogóle królową elfów i innego stworzenia, zasiadłam dzień wcześniej do pisania notki, aby później nie tłuc na bieżąco o tym jako to nie tęsknię. Czyli innymi słowy postanowiłam napisać tak, jak trzeba, po Arinkowemu.
Nadal nie posiadam dostępu do internetu i jak już coś wystukam, to wysyłam stamtąd, gdzie Cudowna Sieć jest jest za darmo, czyli w chorobę daleko, czyli w knajpie w Kells. Ale do rzeczy przejdźmy, bo w końcu wypadałoby, abym napisała co u mnie i czy Irlandia po mym przyjeździe nie zapadła się w morskie otchłanie. Na razie nie zapadła, choć ziemia się trzęsie, bo i ten kraj obejmę we władanie. Ślicznie tutaj jest, to muszę przyznać, dokładnie tak, jak sobie wyobrażałam. Ale nie myślałam nigdy, że:
a) będzie tu tak chorobowo zimno
b) będzie tak lało i wiało
Do wszystkiego ponoć idzie się przyzwyczaić, ale jakoś na razie trzęsę się w grubym swetrze i kurtce i łykam profilaktycznie rutinoskorbin, bo czuję, że przeziębienie tylko czeka, aż moja czujność się uśpi. Na razie nie pracuję nigdzie i siedzę na karku i utrzymaniu Szanownego Narzeczonego, czyli innymi słowy pasożytem jestem, ha! Nawet królowa świata i elfów może czasami popasożytować, a co. Jednakże szybko to się zmieni i zacznę zarabiać góry złota, tudzież zbierać je z każdego końca tęczy, bo tego zjawiska atmosferycznego jest tutaj od groma. Ogólnie, to bardzo szczęśliwa jestem, że w te strony przybyłam i ani przez moment nie żałowałam tej decyzji. Dobrze mi, uśmiecham się tak, jak zwykle, obiecuję z ręką na sercu jakieś zdjęcia w niedalekiej przyszłości. I nie martwcie się o mnie za bardzo, ja jak to zawsze i wszędzie radę sobie dam. Całuję serdecznie i pozdrawiam.
Pani Arina
komentarze [5]
<>