
Piernikowa psychoza >> poniedziałek, 24 grudnia 2007 14:45:22
Na bardzo babskim forum, na którym spędzam ostatnio najwięcej czasu pewna Sonja zamiesciła przepis piernikowy. W ostrzeżeniu napisano, że wychodzi z tego 16 ton I można zrobić sobie kuku przy pieczeniu, umrzeć, w szale zamordować myszoskoczki patelnią z karmelem, w ogóle pożoga i zniszczenie.
Pani Arina oczywiście nie zważając na przestrogi zapragnęła w Boże Narodzenie mieć w mieszkanku zapach przyprawy piernikowej (mogłam kupić świeczki....te o nazwie Sugar&Spice właśnie tak wonieją), dokonała zakupów, zaprzągnęła Szanownego Małżonka do niewolniczej pracy i...
Najpierw poparzyła karmelem lapkę i tak tknietą już reumatyzmem i problemami z krążeniem. Rękami Szanownego wymieszała wszystkie skladniki, a następnie wyrobiła cudnej urody ciasto, które pomimo dodania przepisowego kilograma mąki było za rzadkie.
W sumie poszło prawie dwa kilo pszennej bieli.
Następnie rozwałkowaliśmy ciasto na stole za pomocą butelki po zielonej herbacie ‘Arizona’(nie mylić z tanim winem!!) i przystapiliśmy do wycinania gwiazdek i
Rudolfów. NIE ADOLFÓW, BO MI SIĘ JUŻ TAK MACHNĘŁO W SMSIE DO KOGOŚ.
Rudolfy to renifery są, jakby ktoś nie wiedział.
Rudolfow i innych tworów, jak zwykle strasznych, mrocznych i złych wyszło tyle, że zasłoniły cały nasz piękny, wynajęty stół.
Przystapiłam do układania ciastek na blachach, robiąc miejsce Szanowemu, który zaraził się mania świąteczną i wałkował, wycinał, wałkował, posypywał mąką...
Pieczenie zakończyliśmy w okolicach późnonocnych, zostawiając pół gara piernikowego ciasta na sobotę, a w plastikowych puszko- pudłach stos upieczonych, miekkich, pachnących pyszności, które na bieżąco pożerał słodyczożerca.
W sobotę umylismy pusty garnek o 22, pani Arina wytworzyła zaczyn do ciasta drożdżowego i udaliśmy sie do łóżka, celem obejrzenia kilku odcinków telenoweli 'Heroes'. Bo zwiariowałam na punkcie tegoz serialu, od piątku obejrzałam cały pierwszy sezon i zacznam drugi. Mój mózg już nigdy nie będzie taki sam...
(Że co nie będzie takie samo?)
Podsumowując:
Posiadamy tyle ierników, ze spokojnie możemy je wysłać głodnym dzieciom do Afryki, wykaric pułk wojska i bezdomnych, do tego biache ciasta drożdżowego z brzoskwiniami z puszki (dzis o 9 rano to popełniłam).
Mamy choinkę z samowyłączającymi się światełkami, ozdobami w kolorze złota (nie wiem czemy takie akurat, nie pytajcie), mamy 8 martwych okoni leżacych smętnie na talerzu w lodówce (ręce Szanownego Męża może ich nie ozywią, ale na pewno oskrobią, pozbawią ogonów i płetw-głowy już odcięte, następnie przyprawią pod moją instrukcję, owiną folia i upieką).
Posiadamy także bajzel w mieszkanku, który powinnam ogarnąć, ale sie boję i dlatego nie opuszczam łóżka. Boję się też tego, że o północy myszoskoczki zaczna gadac po ludzku.
Mojej Szanownej Rodzicielce składam serdeczne imieninowe życzenia (bo Ewa w końcu).
A wszystkim:
Wesołych, spokojnych i szczęśliwych Świąt.
Pani Arina
komentarze [2]
>> niedziela, 16 grudnia 2007 14:28:42
Mamy piękny niedzielny poranek... tfu! Popołudnie.
Pani Arina pożywia się kawę tudzież papirosen.
Szanowny Mąż po takimże samym pożywieniu udał się nad rzekę wraz z wędką, podbierakiem, utensyliami w postaci haczyków, przynęt, żyłek i kto go tam wie, czego jeszcze.
Wczorajsza wyprawa zaowocowała pięcioma okoniami, które oddały ducha przy pieśniach Jacka Kaczmarskiego i wylądowały w stanie bezgłowym w lodówce.
Z lodówki winny powędrować do zamrażalnika, gdzie oczekiwać będą Wigilii, zawinięcia w folię po uprzednim doprawieniu solą, pieprzem, papryką i imbirem, oraz wstawienia do piekarnika.
Czyli spodziewamy się Świąt w prawdziwym wydaniu, z prawdziwą rybką, nie wędzonym łososiem norweskim zakupionym za horrendalne pieniądze. Bośmy się przez ten rok z Szanownym nauczyli udawać, że umiemy gotować, a nawet rybę przyprawić i upiec (przed zeszłoroczną Wigilią miałam hotline z Szanowną Rodzicielką, celem upieczenia szarlotki i mięsiwa).
Chyba powinnam wstać i działać, bo kolejny dzień w łóżku do nieboskich godzin to przesada.
Obejrzane:
Wściekłe psy’
‘V for Vendetta’ – No tak. Brasil ściągnięto z Orwella, a toto są popłuczyny po Brasil. Nie dooglądałam do końca, nie było po co, na liście lesbijki umarłam i zaczęłam straszyć, poszłam spać i śniły mi się różowe króliczki. Koszmar na zielonym rowerze i żałuję, że kupiliśmy to, zamiast Miasta zaginionych dzieci.
Przeczytane i czytane:
‘Norweski dziennik’ Pilipiuka
‘Wielkie podzielenie’ Dukaja
Do obejrzenia na dziś:
‘Łowca snów’
Cytat wskazujący na upośledzenie:
‘Solidarność i inne bunty’. Nie przyznam się do tego, że to ja stworzyłam.
Pani Arina
komentarze [2]
Znad kubka kawy >> wtorek, 11 grudnia 2007 14:23:42
Mam nowa piżamę z kraciastej, zielono-niebieskiej flaneli, w której wyglądam jak miś Paddington. Czemu? Bo najmniejszym rozmiarem dostępnym w sklepie sieci LIDL był 40. Czyli dwie Panie Arinki spokojnie mogą się w toto zmieścić. Ale jest mi ciepło.
Po długich bojach toczonych z wytrzymałością na niskie temperatury poddałam się i schowałam do szafy wszystkie koszuliny na szelkach jak makaron cienkich. A z resztą, jak się chce, to można wyglądać powabnie i w worku na ziemniaki. Podobno.
Nieobecna byłam przez kawał czasu, ale to nie moja wina, a Internetu, który się bezczelnie popsuł, nie mrugał niebieskim okiem i był w ogóle precz z moich oczu. Posłuchał od razu.
Tymczasem w Ajriszolandii zrobiło się zimno, deszczowo, rzeka wylała, woda stoi na ulicach bo kanalizacja sobie rady dać nie może, zameczek Atajowski ładnie oświetlony lampkami, ulice też, a na wystawie jednej z aptek kiwają się niedźwiedzie polarne. Poważnie.
Rynek co niedziela oferuje choinki żywe, cięte bądź w doniczkach – obiekt nie interesujący A. i Szanownego, albowiem w tym roku jak i w poprzednim z drzewka rezygnujemy.
Wyjazd do Polski zbliża się skokami zajęczymi, 28 grudnia tuż, tuż. Powinnam pomyśleć o pakowaniu rzeczy Już Do Wywiezienia i zostawieniu tych, które Szanowny Małżonek zabierze w styczniu. Bo Szanowny zostawia mnie w słomianym wdowieństwie na styczeń i udaje się z powrotem na Wyspę, aby popełniać na niej straszne, mroczne i złe archeologiczne czyny. Czyli siedzieć w biurze i kompletować dokumentację wykopalisk. Beeeee.
Pani Arina aktualnie zalicza się do szczęśliwych leni, całe dni spędza w domu, nadrabia braki w lekturze, produkuje kolejny szalik na drutach, popija herbatę z miodem i cytryną na przemian z kubkami czarnej kawy (gdzie ty tam i my, o ekspresie...).
W przygotowaniu ciagle ‘Tropiciel dla małoletniej, czyli okropna opowieść o indiańskim wikingu.
Czytamy/przeczytaliśmy:
‘Nocny patrol’ Łukajnienki
‘Bastion’ Kinga
Wiedźmińską sagę
Obejrzane:
X-meny 1 i 2 (Niech żyje nam Volverine i okrzyki Ariny na widok Magneta ‘Gandalf!!’)
Katyń
Shrek 3 czyli krótka nauka rodzicielstwa i psychicznego przygotowania do tego (po trzydziestce, po trzydziestce)
Gwiezdny pył
Niczego nie żałuję – ja już nie chcę być wielką gwiazdą
Wojna światów – scjentologiem też nie
Kosmiczne jaja - dobre zawsze i wszędzie
Serenity – jestem siedemnastoletnią dziewuszką, która potrafi zabić dziesięciu mężczyzn jednym kopnięciem. Daj mi Boże zdrowie i nie wynagradzaj w myszoskoczkach.
TAK. nie było Fight Clubu.
Najnowsza umiejętność myszoskocznych:
Damy się pogłaskać, ale spróbuj wyciągnąć nas z klatki. Wtedy układamy się na boku, wypręzamy ciałko, zamykamy oczka i udajemy martwe. Gadziny.
Pani Arina
komentarze [1]
<>