Jesteś







Księga gości

Pisz
Zerknij



Poszło sobie precz

2005
listopad (10)
grudzień (19)

2006
styczeń (17)
luty (9)
marzec (14)
kwiecień (13)
maj (9)
czerwiec (15)
lipiec (14)
sierpien (16)
wrzesień (14)
październik (9)
listopad (9)
grudzień (2)

2007
styczeń (3)
luty (10)
marzec (4)
kwiecień (7)
maj (4)
czerwiec (5)
lipiec (4)
sierpien (7)
wrzesień (4)
październik (5)
listopad (3)
grudzień (3)

2008
styczeń (6)
luty (2)
marzec (5)
kwiecień (6)
maj (2)
czerwiec (2)

2009
marzec (1)





Lubię






HMS dla
Arinki


zdjęcie autorstwa

Szanownego Narzeczonego


Na zdjęciu Arina po nocy na lotnisku

Piernikowa psychoza >> poniedziałek, 24 grudnia 2007 14:45:22

Na bardzo babskim forum, na którym spędzam ostatnio najwięcej czasu pewna Sonja zamiesciła przepis piernikowy. W ostrzeżeniu napisano, że wychodzi z tego 16 ton I można zrobić sobie kuku przy pieczeniu, umrzeć, w szale zamordować myszoskoczki patelnią z karmelem, w ogóle pożoga i zniszczenie.
Pani Arina oczywiście nie zważając na przestrogi zapragnęła w Boże Narodzenie mieć w mieszkanku zapach przyprawy piernikowej (mogłam kupić świeczki....te o nazwie Sugar&Spice właśnie tak wonieją), dokonała zakupów, zaprzągnęła Szanownego Małżonka do niewolniczej pracy i...
Najpierw poparzyła karmelem lapkę i tak tknietą już reumatyzmem i problemami z krążeniem. Rękami Szanownego wymieszała wszystkie skladniki, a następnie wyrobiła cudnej urody ciasto, które pomimo dodania przepisowego kilograma mąki było za rzadkie.
W sumie poszło prawie dwa kilo pszennej bieli.
Następnie rozwałkowaliśmy ciasto na stole za pomocą butelki po zielonej herbacie ‘Arizona’(nie mylić z tanim winem!!) i przystapiliśmy do wycinania gwiazdek i
Rudolfów. NIE ADOLFÓW, BO MI SIĘ JUŻ TAK MACHNĘŁO W SMSIE DO KOGOŚ.
Rudolfy to renifery są, jakby ktoś nie wiedział.
Rudolfow i innych tworów, jak zwykle strasznych, mrocznych i złych wyszło tyle, że zasłoniły cały nasz piękny, wynajęty stół.

Przystapiłam do układania ciastek na blachach, robiąc miejsce Szanowemu, który zaraził się mania świąteczną i wałkował, wycinał, wałkował, posypywał mąką...
Pieczenie zakończyliśmy w okolicach późnonocnych, zostawiając pół gara piernikowego ciasta na sobotę, a w plastikowych puszko- pudłach stos upieczonych, miekkich, pachnących pyszności, które na bieżąco pożerał słodyczożerca.

W sobotę umylismy pusty garnek o 22, pani Arina wytworzyła zaczyn do ciasta drożdżowego i udaliśmy sie do łóżka, celem obejrzenia kilku odcinków telenoweli 'Heroes'. Bo zwiariowałam na punkcie tegoz serialu, od piątku obejrzałam cały pierwszy sezon i zacznam drugi. Mój mózg już nigdy nie będzie taki sam...

(Że co nie będzie takie samo?)

Podsumowując:
Posiadamy tyle ierników, ze spokojnie możemy je wysłać głodnym dzieciom do Afryki, wykaric pułk wojska i bezdomnych, do tego biache ciasta drożdżowego z brzoskwiniami z puszki (dzis o 9 rano to popełniłam).
Mamy choinkę z samowyłączającymi się światełkami, ozdobami w kolorze złota (nie wiem czemy takie akurat, nie pytajcie), mamy 8 martwych okoni leżacych smętnie na talerzu w lodówce (ręce Szanownego Męża może ich nie ozywią, ale na pewno oskrobią, pozbawią ogonów i płetw-głowy już odcięte, następnie przyprawią pod moją instrukcję, owiną folia i upieką).

Posiadamy także bajzel w mieszkanku, który powinnam ogarnąć, ale sie boję i dlatego nie opuszczam łóżka. Boję się też tego, że o północy myszoskoczki zaczna gadac po ludzku.

Mojej Szanownej Rodzicielce składam serdeczne imieninowe życzenia (bo Ewa w końcu).
A wszystkim:
Wesołych, spokojnych i szczęśliwych Świąt.

Pani Arina
komentarze [2]

>> niedziela, 16 grudnia 2007 14:28:42
Mamy piękny niedzielny poranek... tfu! Popołudnie.
Pani Arina pożywia się kawę tudzież papirosen.
Szanowny Mąż po takimże samym pożywieniu udał się nad rzekę wraz z wędką, podbierakiem, utensyliami w postaci haczyków, przynęt, żyłek i kto go tam wie, czego jeszcze.
Wczorajsza wyprawa zaowocowała pięcioma okoniami, które oddały ducha przy pieśniach Jacka Kaczmarskiego i wylądowały w stanie bezgłowym w lodówce.
Z lodówki winny powędrować do zamrażalnika, gdzie oczekiwać będą Wigilii, zawinięcia w folię po uprzednim doprawieniu solą, pieprzem, papryką i imbirem, oraz wstawienia do piekarnika.
Czyli spodziewamy się Świąt w prawdziwym wydaniu, z prawdziwą rybką, nie wędzonym łososiem norweskim zakupionym za horrendalne pieniądze. Bośmy się przez ten rok z Szanownym nauczyli udawać, że umiemy gotować, a nawet rybę przyprawić i upiec (przed zeszłoroczną Wigilią miałam hotline z Szanowną Rodzicielką, celem upieczenia szarlotki i mięsiwa).
Chyba powinnam wstać i działać, bo kolejny dzień w łóżku do nieboskich godzin to przesada.
Obejrzane:
Wściekłe psy’
‘V for Vendetta’ – No tak. Brasil ściągnięto z Orwella, a toto są popłuczyny po Brasil. Nie dooglądałam do końca, nie było po co, na liście lesbijki umarłam i zaczęłam straszyć, poszłam spać i śniły mi się różowe króliczki. Koszmar na zielonym rowerze i żałuję, że kupiliśmy to, zamiast Miasta zaginionych dzieci.
Przeczytane i czytane:
‘Norweski dziennik’ Pilipiuka
‘Wielkie podzielenie’ Dukaja
Do obejrzenia na dziś:
‘Łowca snów’
Cytat wskazujący na upośledzenie:
‘Solidarność i inne bunty’. Nie przyznam się do tego, że to ja stworzyłam.


Pani Arina
komentarze [2]

Znad kubka kawy >> wtorek, 11 grudnia 2007 14:23:42

Mam nowa piżamę z kraciastej, zielono-niebieskiej flaneli, w której wyglądam jak miś Paddington. Czemu? Bo najmniejszym rozmiarem dostępnym w sklepie sieci LIDL był 40. Czyli dwie Panie Arinki spokojnie mogą się w toto zmieścić. Ale jest mi ciepło.
Po długich bojach toczonych z wytrzymałością na niskie temperatury poddałam się i schowałam do szafy wszystkie koszuliny na szelkach jak makaron cienkich. A z resztą, jak się chce, to można wyglądać powabnie i w worku na ziemniaki. Podobno.

Nieobecna byłam przez kawał czasu, ale to nie moja wina, a Internetu, który się bezczelnie popsuł, nie mrugał niebieskim okiem i był w ogóle precz z moich oczu. Posłuchał od razu.

Tymczasem w Ajriszolandii zrobiło się zimno, deszczowo, rzeka wylała, woda stoi na ulicach bo kanalizacja sobie rady dać nie może, zameczek Atajowski ładnie oświetlony lampkami, ulice też, a na wystawie jednej z aptek kiwają się niedźwiedzie polarne. Poważnie.
Rynek co niedziela oferuje choinki żywe, cięte bądź w doniczkach – obiekt nie interesujący A. i Szanownego, albowiem w tym roku jak i w poprzednim z drzewka rezygnujemy.

Wyjazd do Polski zbliża się skokami zajęczymi, 28 grudnia tuż, tuż. Powinnam pomyśleć o pakowaniu rzeczy Już Do Wywiezienia i zostawieniu tych, które Szanowny Małżonek zabierze w styczniu. Bo Szanowny zostawia mnie w słomianym wdowieństwie na styczeń i udaje się z powrotem na Wyspę, aby popełniać na niej straszne, mroczne i złe archeologiczne czyny. Czyli siedzieć w biurze i kompletować dokumentację wykopalisk. Beeeee.

Pani Arina aktualnie zalicza się do szczęśliwych leni, całe dni spędza w domu, nadrabia braki w lekturze, produkuje kolejny szalik na drutach, popija herbatę z miodem i cytryną na przemian z kubkami czarnej kawy (gdzie ty tam i my, o ekspresie...).
W przygotowaniu ciagle ‘Tropiciel dla małoletniej, czyli okropna opowieść o indiańskim wikingu.
Czytamy/przeczytaliśmy:
‘Nocny patrol’ Łukajnienki
‘Bastion’ Kinga
Wiedźmińską sagę
Obejrzane:
X-meny 1 i 2 (Niech żyje nam Volverine i okrzyki Ariny na widok Magneta ‘Gandalf!!’)
Katyń
Shrek 3 czyli krótka nauka rodzicielstwa i psychicznego przygotowania do tego (po trzydziestce, po trzydziestce)
Gwiezdny pył
Niczego nie żałuję – ja już nie chcę być wielką gwiazdą
Wojna światów – scjentologiem też nie
Kosmiczne jaja - dobre zawsze i wszędzie
Serenity – jestem siedemnastoletnią dziewuszką, która potrafi zabić dziesięciu mężczyzn jednym kopnięciem. Daj mi Boże zdrowie i nie wynagradzaj w myszoskoczkach.

TAK. nie było Fight Clubu.

Najnowsza umiejętność myszoskocznych:

Damy się pogłaskać, ale spróbuj wyciągnąć nas z klatki. Wtedy układamy się na boku, wypręzamy ciałko, zamykamy oczka i udajemy martwe. Gadziny.



Pani Arina
komentarze [1]

<>